Obiady Archive

Tak, tak, tak – to Pan Szpinak

No i masz ci, panie dziejku, los. A mówiąc mniej tajemniczo: jesień przyszła. Przyszła jesień, z sieni coś zawiewa, jakieś kałuże się porobiły, hajs się nie zgadza i w ogóle dyskomfort. Jedno się nie zmieniło: jeść coś trzeba. I to jest akurat spoko. Tyle że hajs się nie zgadza, więc pichcimy raczej tanio – czy to z Monią, czy to z Anią. Ale no stress – nie trzeba dużo ziła, żeby było nastrojowo. Po lekcje romantyzmu odsyłamy jednak do fachowców i bez zbędnego kwękolenia przystępujemy do szatodelamezą, bo roboczogodziny lecą.

Kto nam dziś zatańczy na ruszcie? Dwaj zawodnicy wagi ciężkiej: Tony Mahoney i Izydor Pomidor. Pod tym drugim pseudonimem kryje się nasz stary druh Pan Pomidor, który ponoć faktycznie ma na imię Izydor, dlatego woli lansować się jako Pan. Natomiast Tony Mahoney to w istocie Pan Szpinak, który nie udziela wyjaśnień – i to tyle w tej materii. Jeśli natomiast ktoś liczy na ostre łubudubu, kopa z pikolaka i klaksona w nos, to niech zaglądnie do baru „Szeherezada” w każdą sobotę po 22. Tutaj łubudubu nie będzie. Będzie harmonia. Obaj zawodnicy są nastawieni pokojowo i bezkolizyjnie współpracują z innymi przedstawicielami spożywki. Na przykład jakimi? Na przykład tym razem nie będzie to rumsztyk zapiekany w sosie musztardowym ani suflet malinowy na migdałowym spodzie, ale len. I ser. Len i ser to będzie. (więcej…)

Brokułowy koksu

„Taaakie duże mam muskuły, bo zasuwam wciąż brokuły” – zdradził w jednym z wywiadów Hardkorowy Koksu. I od tego czasu odnotował dwukrotny przyrost masy. Nie dziwimy się ani nyny. Bowiem masa człowieka w 65 procentach składa się z masy wody, a woda w 90 procentach składa się z brokułów albo brokuły z wody, albo woda z wody a brokuły z bro i kuły – w każdym razie przyszło lato i klata musi być.

Jak tego dokonać? Najprościej wdać się w tego z rodziców, który ma tak zwane warunki. Lepiej, żeby był to tata. Jeśli rodzice należą do intelektualistów, nieprzestając ich szanować, dziękujemy im grzecznie za polecane lektury i przechodzimy do czynności poważnych, czyli podnoszenia ciężkich przedmiotów pod różnymi kątami nachylenia. Ale rozpiętki zeszytami to tylko połowa drogi na Olimp. Drugie pół odkrył przed nami znowuż Hardkorowy Koksu, zdradzając w jednym z wywiadów: „Trzeba stwierdzić bez wątpienia – nie ma klaty bez jedzenia”. A klata rośnie najprężniej bynajmniej nie na stejkach, jak głosi lobby zawałowców, ale właśnie na brokułach. Zatem od dziś rezygnujemy z prenumeraty „Men’s Health”-a oraz trollowania na SFD.pl i czytamy tylko „Dietę na kryzys”. Tylko tu dowiemy się bowiem, jak wykonać brokuła z kurczakiem orydżinal stajli i przybrać na masie 30 kilo żywej wody. (więcej…)

Placuszki lizać!

Masz, babo, placek! Tymi słowami można zachęcić ukochaną do skosztowania placuszkowego specjału na bazie kabaczka. Można, lecz nie jest to wskazane. Komunikacja męsko-damska wymaga bowiem szczególnego taktu i wysokiej kultury osobistej. By strona damska zrekompensowała nam kulturę osobistą w należyty sposób – czy to obietnicą buzi, czy to poprzez załatanie skarpetek – kulinarną zachętę należy sformułować z większą galanterią. Dlatego toporny zwrot „masz, babo, placek!” zastępujemy szarmanckim „masz, babo, placuszek!”. Jeśli nasza czułość nie spotka się z eksplozją uczuć, należy rozważyć przewartościowania w związku.

Ale studzimy już ten erotyczny zapał, bo aż zaczęła się topić izolacja na kablu od Wi-Fi, i ciśniemy wprost do sedna, czyli spraw oralnych w sensie jedzenia. Jedzenie jakie jest, każdy widzi, ale nie każdy jest taki cwany, żeby z obrazka wytrybić, jak to się robi. Podpowiadamy: robi się to jako żywo na patelni, a także – niestety – na oleju. Niestety, ponieważ smażenie na oleju zwiększa ryzyko pójścia do lekarza po receptę. Why is that? Albowiem. Oleje roślinne zawierają wiele wielonienasyconych kwasów tłuszczowych (najwielęcej zawielają ich oleje: słonecznikowy i kukurydziany). Teże kwasy łatwo ulegają utlenieniu – szczególnie podczas intensywnego smażenia. (więcej…)

Baku baku to jest skład…

…jadę na Bakłażan Cup – śpiewają artyści z zespołu Kaliber 44. Muszę przyznać, że im się bynajmniej nie dziwię, ponieważ bakłażan to zawodnik jakich mało. Tu nie ma żartów. To nie śmigus-dyngus, związek Moniki Richardson ze Zbigniewem Zamachowskim i vice versa, ani strzelanie z procy do gołębi. Bakłażan wbija na miejscówkę z mańki, z której zasadniczo się składa, kwestionuje futrynę, wytwarza atmosferę napięcia i kładzie oponentów na łopatki samym pseudonimem scenicznym.

 

 

Mówią na niego roślina jajko. Mówią na niego bakman. Mówią na niego owoc psianki podłużnej. Last but the best: mówią na niego gruszka miłosna. Mówią też na niego oberżyna, ale to słabe jest akurat. Cóż, uhahałem się tą gruszką miłosną, jakbym miał 12 lat, ale to temat dla psychoanalityka. Podsumowując na wstępie: bakłażan to smaczny kąsek, ale ciut nadrabia piarem. Przede wszystkim fantastycznie brzmi: bakłłłażan, bakłażżżan. Po prostu mógłbym żuć tę nazwę jak gumę „Turbo” – a nawet chętniej bo żucie słów nie grozi rakiem. Po drugie: kolorystyka. Zielone, fioletowe, a w środku białe. Uważam, że bomba, a na uzasadnienie nie mam pomysłu. Po trzecie: konsystencja: kosmos (nielicząc próżni). Baku baku jest bardziej sprężysty niż naje z pompką i gdyby Majkel Dżorban biegał w bakłażanach zamiast łyżwach z chińskiej fabryki, to slam dunki robiłby z wybicia przed środkową linią boiska.  (więcej…)