Płyny Archive

Likier Karkonoski

„Na udręki i na troski tylko Likier Karkonoski. Szabada” – głosi oficjalny slogan reklamowy Likieru Karkonoskiego. To wspaniała mieszanka niepryskanych ziół i nieocenionego etanolu, któremu anonimowi naukowcy przypisują właściwości profilaktyczno-lecznicze w niezbadanym obszarze.

Nalewka ma jeden feler – wraz ze spożyciem ubywa jej w butelce. Sprawa budzi niepokój i już powiadomiliśmy o niej producenta. Czekamy na odzew, a jeśli nie nadejdzie, zgłosimy temat do rzecznika praw obywatelskich. Plamy światła na zdjęciu są wynikiem naturalnego promieniowania likieru. Biblioteczka w tle to rezultat snobizmu.

Flaszka z dżemorem

Ore, ore. Najlepszy sposób na regenerację organizmu po ciężkim wysiłku, jak, przykładowo, klepanie biedy lub rozmowa ze strażą miejską o przechodzeniu na czerwonym, czyli flaszka z dżemorem. Ore, ore. Słodka jak pochlebstwo, aseptyczna jak mieszkanie na Ruczaju, wypala Weltschmerz, wspomaga lewitację, buduje muskulaturę, wzbogaca nomenklaturę.

Dżemora – ma się rozumić, domowej roboty – wpierw trzeba zjeść z naleśnikami, skutkiem czego w słoiku zostaje smaczny soczek, z którym nie wiadomo, co zrobić. Ale jakże nie wiadomo, skoro w lodówce rzewnie śpiewa niedopita flaszka z Ukrainy. Ore, ore. Wiecie już, co należy zrobić? (więcej…)

Kuszanie w Kirgistanie, cz. 1

Sprawa niezwykła. Wygrzewaliśmy się na trawce, przegryzając chrząszcze, aż tu nagle sytuacja odwróciła się o 450 stopni i znaleźliśmy się w Kirgistanie. Cóż to była za niespodzianka! Tak nagle i znienacka zmaterializować się w morzu kumysu i lesie baraniny.


Hej, przygodo! – orzekli zgodnie kucharczykowie DNK i podążyli za przewodnictwem swojego nosa. Dokąd podążyli i szczo tam diełali? Na te pytania odpowie niniejsza rozprawka w trzech częściach, ilustrowana onirycznym materiałem zdjęciowym. (więcej…)

Czystek (cistus incanus) na bakcyla

Wichry niespokojne dmieły dziś na mieście, a sztab DNK lekkomyślnie paradował z otwartą głową, skutkiem czego przyszło łamanie w kościach. Wszystko oko, tylko jutro z rana trzeba drałować do fabryki zarabiać na chleb i prąd. Sztab DNK wybrał więc numer do lekarza rodzinnego z pytaniem: szczo robić, Herr Doktor?!

Herr Doktor niezawodnie polecił cudotwórcze zioło o nazwie czystek (cistus incanus). Derekcja DNK pobiegła więc do apteki i zrobiła optymalne zakupy, by wysterylizować łamanie i odzyskać zdrowie. Zdjęcie czystka publikujemy na zdjęciu, by nikt nie pomylił cudotwórnego zioła ze znanym środkiem narkotycznym o wpadającej w ucho nazwie. (więcej…)

Czoko banana

Co tam, dzici? Sonko świci? No to flachę pod pachę i na plażę. – A co do flachy, wujaszku? – pytacie na wyprzódki. – Pół litra soczku czy pół litra… – Majonezu? – wcina się ciocia Tosia. Oj, urwisy, czyżbyście nie słyszeli o hicie lata 2013, królu nadbałtyckich dyskotek i lubczyku XXI w.? Ha! To nadstawcie uszy:

Mosje, gentlemen, Kinder, Küche and Kirche, „Dieta na kryzys” prezentare: czoko banana! W tutce podana lub in the filiżana. A cóż to takiego? To morska bryza, to poszum fal, to zew, to śpiew, to tango na Monmarcie, polonez na maturze i fokstrot w Kędzierzynie. A tak naprawdę to w czachę nam przygrzało, bo dzisiaj było 37 w cieniu. Wsiedlimy na rower, podryndali nad bajoro, nachytali się sonka, styki nam się w mózgu porozklejali mimo czapki z daszkiem i tiepier robimy dzicz. Ups. Sory, sory. Ale przynajmniej będzie krótko. (więcej…)

Nie dla leszczy!

– tylko dla twardzieli jest nalewka leszczynowa 120 procent alko. Wbija w gardło jak tomahawk, z migdałków robi wiórki kokosowe, a z przełyku Wielki Kanion Kolorado. Napój energetyzujący na okazję solówki z patrolem policji lub posterunkiem straży miejskiej. Chuck Norris wcierał ją sobie pod powiekę, do czasu gdy nie zmiękł od zapachu forsy BZ WBK. Produkt przeznaczony dla:
a) artystów i wariatów,
b) świrów i literatów,
c) alkoholików, którym nie jest wszystko jedno.

Jednak powyższej grupie docelowej uprzejmie dziękujemy ze względu na nieprzewidywalność finansową i targetujemy przepis pod matki z dziećmi lub wciąż bez, za to z ustabilizowaną pozycją zawodową. I tu musimy iść na kompromis. Ponieważ leszczynówka 120 może być jedynie wytworem delirium, a w mniejszym stopniu destylarni, zbijamy woltaż o ok. 90 procent i otrzymujemy leszczynówkę 30. Dzięki temu, zachowując gardło, migdałki oraz przełyk w stanie mniej więcej nienaruszonym, zyskujemy bajkowy nastrój, zamiast czegoś w rodzaju mentalnej „Piły IV”. Czysty interes. (więcej…)

Woda ognista

Tym razem notka typowo kryzysowa. Bohaterem wpisu jest bowiem woda z korzonkami na przykładzie imbiru. Właściwie jest kwestią sporną, czy potrawę na bazie imbiru da się zaklasyfikować jako kryzysową, ponieważ pani w sklepie wycenia temat na 20 zł za kilogram. Ale ma się ten spryt i idzie się do innego sklepu, gdzie pani jest łaskawsza i prosi jedyne 15 zł per kilo. Feler jest jeden – imbir jest jakby mniej świeży. No ale jak kryzys, to kryzys.

 

 

Cóż to takiego ten imbir? Ech, dużo by gadać. Jednakowoż spróbujmy, gdyż sprawa jest pikantna. Fikuśnie rozgałęzione bulwy barwy beż, znane z krajowych punktów sprzedaży artykułów spożywczych, to kłącza imbiru lekarskiego. Zingiber officinale, jak określają dżindżer (jak określają imbir osoby anglojęzyczne) fachowcy, należy do rodziny imbirowatych, która należy do rzędu imbirowców, do którego należy m.in. banan. Proszę wybaczyć tę frapującą ciekawostkę. Imbir lekarski, wbrew nazwie, używany jest przede wszystkim jako roślina przyprawowa. Zastosowanie typowo lecznicze mają natomiast inne odmiany imbiru – cytwarowa i żółta. Popularnym gatunkiem zingibera uprawianym w celach kulinarnych jest również imbir japoński (mioga), w wersji marynowanej znany jako gari, dodawany do sushi i wyśmienity. Wielokrotnie w momentach odpływu inteligencji zastanawiałem się, jakim cudem z włóknistego korzenia powstają delikatne różowe płatki. Odpowiedź znalazłem dopiero na fali szeroko zakrojonego riserczu do niniejszej notki i linkuję ją za pośrednictwem wyrazu „odpowiedź” na początku tego zdania. Jak widzimy, głównym składnikiem gari nie jest korzonek, lecz nader estetyczny pąk miogi. Warto nadmienić, że róż zdobiący marynatę to nie dzieło matki natury, ale czerwień koszenilowa lub sok z buraka.  (więcej…)