Kura z Soczi

Posted on Luty 27, 2013 | Category :Obiady | Brak komentarzy do Kura z Soczi

Jeśli sądzicie, że importujemy kury z Soczi, to odpowiedź może być tylko jedna. Jaka? Fiku miku. Na marginesie wyjaśniamy, że kury importujemy z gabloty w mięsnym. Nie w sensie, że do mięsnego wjeżdża żuk ze szwankiem dla futryny, a personel wydaje kury z paki. Bardziej w sensie – o, prozo! – gabloty typu lada o właściwościach chłodzących.

Miło się gaworzyło, ale wciąż nic nie wiemy. No bo – raz – skąd kura za ladą? I dwa – skąd kura z Soczi? Co do raz, to kura za ladą może być, owszem, z Soczi. W tym sensie, że ona najpierw była tam, następnie przybyła tu, natomiast personel mięsny ją zwyczajnie łup! – prawdopodobnie nieodwracalnie. Resztę spowijają arkana sztuki przetwórstwa mięsnego. Co do dwa, to sprawa jest złożona, a wyjaśnienia mogą być, jak już stwierdzono, dwa.
Wyjaśnienie 1) Kura z Soczi to kura-szpion, która działa tu podstępem.
Wyjaśnienie 2) Kura to kura, a Soczi to nie Soczi.
Jasne?

Skoro nie, to fajnie, bo będzie o czym gadać. Na zakończenie wstępu należy wyjaśnić, czym jest Soczi. Można wyjaśnić od razu lub zrobić z tego „Modę na sukces”. W tym drugim wariancie ona poznaje go w Soczi, lecz on jest żonaty i kędzierzawy. Jego żona ma męża z poprzedniego związku, ale ów mąż jest postępowy, gdyż kocha kurę. Tyle że z niniejszego związku nici, bo kura zadurzona jest w Jonathanie, który z kolei przeszedł na fruktarianizm, ponieważ poznał pewną aktoreczkę, która zadziera nóżkę w balecie i zajada się dzikami. Mamy więc zarys wstępu drugiego wariantu, natomiast w pierwszym wariancie robimy głową łup, przykładowo, w słup, a następnie wykonujemy puree z soczewicy. Ktoś zapyta: co ma łup w słup do soczewicy? Ależ nic – to tak na przetrzeźwienie.

Jakby się nie nagimnastykować, nie sposób już ukryć faktu, że Soczi to soczewica. Skąd jednakowoż zmiękczenie? Stąd, że soczewicą na twardo można sobie wybić zęby. Dlatego nasze babcie przed oporządzeniem moczyły ją w wodzie, a te, które nie moczyły, na starość jadły grysik. Niestety! Badania naukowe wykazały dobitnie, że moczenie to ciemnota i zabobon. Toteż w pogoni za blichtrem wielkich miast zmiękczamy naukowo „-ewica” do „Ewcia”, a następnie postępujemy adekwatnie: ewicę zaganiamy do szorowania garów, a z Ewcią udajemy się do kina na film romantyczny. Na koniec robimy głową łup. Tym razem w coś innego, ponieważ w słup nie pomogło. A teraz przechodzimy do części właściwej przepisu na kurę z Soczi.

Kura, po spotkaniu z personelem mięsnym, nie stawia już oporu, zatem wystarczy wybrać najciekawsze elementy, a następnie poddać je obróbce termicznej. Najciekawsza jest, powiedzmy, pierś, w tym sensie, że nie jest to, na przykład, skrzydełko. Niewdając się w niepotrzebne utarczki, rzucamy kawałki fileta z kurczaka na gotującą się wodę i dusimy pod przykryciem na wolnym ogniu przez 10–15 minut. Jeśli po drodze wytrącą się jakieś szumowiny, z godnością usuwamy je z naczynia lub wymieniamy wodę. Zamiast wody można użyć tłuszczu, przy czym najlepiej smalcu, ale jeśli ktoś ma upodobanie do substancji kancerogennych, może to być olej roślinny. Gwoli wyjaśnienia: smażenie na smalcu zabija wolniej, bo smalec to tłuszcz o większej trwałości niż oleje roślinne, które zawierają znacznie więcej kwasów nienasyconych, rozpadających się na substancje toksyczne . Niezależnie od tej życiowej decyzji, na koniec babramy kurczaka w śmietanie oraz kurkumie, i klaszczemy w rączki, każdy jak kto umie.

Zanim nastapi koniec, musi wystąpić początek. Początek faktycznie wystąpił we wstępie, ale Jonathan schlał się jak prosię i uprowadził kurę, dlatego teraz zajmiemy się soczewicą. Na przedmiot zainteresowania wybraliśmy soczewicę czerwoną, która – w odróżnieniu od soczewicy zielonej – wymaga moczenia jedynie w trybie gotowania. Jak ktoś nie trybie gotowania, to niech zapyta Magdy Gessler, która wyjaśni, nakarmi i przytuli. Tymczasem w naszej kuchni zwanej aneksem dokonuje się akt krojenia: pora, cebuli, papryki czerwonej, pieczarek. Po urojeniu wrzucamy surowce do rondelka z soczewicą, dodajemy pomidory z puszki, pół ostrej papryczki tajskiej, dziebko soli oraz zdziebko kolendry. Kolendry dodajemy nie ze względu na jej szczególne walory jakościowe, ale ze względu na jej szczególne walory ilościowe – tak się złożyło, że wskutek błędu na arkuszu zamówienia mamy jej pół słoika, które trzeba jakoś rozprowadzić po menu. Teraz tak: gotujemy, dusimy, dusimy, dusimy, odparowujemy, przypalamy – w sumie 15–20 minut. Treść rondelka ugniatamy na pjure z dodatkiem utartego sera żółtego i otrębów pszennych prażonych. Serwujemy z kurczakiem na talerzu bądź bezpośrednio na stole.

Jeśli zdołamy rozbudzić w sobie nieco fantazji lub znaleźć trochę forsy na chodniku, wierzch potrawy posypujemy ekskluzywnie czosnkiem niedźwiedzim i polewamy olejem lnianym.

Życzymy rozkoszy, zapraszamy ponownie.

Cenniczek:
1. Kura (1 filet) – 4 zł
2. Soczewica czerwona (1 kg) – 10 zł
3. Por (1 szt.) – 2 zł
4. Pomidory z puszki (1 puszka) – 2,5 zł
5. Papryka czerwona (1 kg) – 10 zł
6. Pieczarki (1 kg) – 8 zł
7. Cebula (1 kg) –
8. Papryczka tajska (30 szt.) – 12 zł
9. Ser żółty (1 kg) – 22 zł
10. Kurkuma (20 g) – 2,5 zł
11. Śmietana 12% (200 g) – 1,5 zł
12. Olej lniany budwigowy (1 l) – 40 zł
13. Czosnek niedźwiedzi – pytać w gawrze
14. Otręby pszenne (500 g) – 1,5 zł

» Tags: , , ,

Comments 0

Dodaj komentarz