Post about "len"

Owsianka 2.0

O, młodości szalona! Dokąd tak gnasz romantycznie niczym rozjuszony rumak? Aa, do roboty. No to narazka. Myśmy dopiero rozkleili oko, ale później też coś porobimy. Tymczasem coś nam z rańca al dente allegro w kiszkach przygrywa, także zaraz chyba owies na stół wjedzie.

Jako się rzekło, tako się rzekło – idzie przeprosić, jeśli się bekło. Jednak u nas kultura, jak zawsze, dworska. Wszyscy perorują z zamkniętymi ustyma, kłaniając się w pas i recytując Goethego, gdyż nawet spageti jada się tu bez ciumkania. Tym bardziej nie powinno zatem dziwić, że owies zasuwamy z wczorajszego rondla. (więcej…)

Kasza owocowa w sosie zagadkowym

O, Felicità! Usta same składają się do śpiewu, a rozum do zagadki. O, Feliczita! – znaczy szczęśliwa – ta z was, co odgadnie, o co chodzi, dziatki. Uwaga, przyszła pierwsza odpowiedź – czytamy! „Stul dziób i dawaj przepis/Marcysia”.

Niestety – chodziło o gumiaki, ale warunkowo uznajemy. Tylko bowiem akceptacja może przeprowadzić nasz okręcik przez burzliwe wody życia. Przy czym jak macie pół banana z czterema truskawkami, to akurat jak znalazł pod owocową kaszę. To co, działamy, dziatki? (więcej…)

Dziwny budyń

Dziwna sprawa. Niedawno pisaliśmy o dziwnych kotlecikach, a dziś na nasze łamy wkradł się dziwny budyń. Czy to może być przypadek? Może być i przystanek autobusowy, bo z kotlecików i budyniu takie ziomy jak z Łopusznej i Sodomy. Więc pytanie raczej dziwne. Ale nie trza tyle dziwaczyć, tylko trza coś upichcić. Czacza-ratrza, trza-trza-trza. Że co? Złotych sto. To z głodu tak.

Skoro już pogawędziliśmy inicjacyjnie, to możemy przystąpić do roboty. Przystępowanie do roboty to nasza ulubiona czynność, za którą niestety mało kto płaci. Szkoda! Bo zazwyczaj tak się paramy przystępowaniem, że na robotę czasu już nie starcza. A kiedyś trza zarabiać. Trza-trza-trza. To co? Śniadanko – odpowie ktoś nie w ciemię bity. Eksperci są w tej kwestii jednogłośni. Zatem przystępujemy do rzeczy. (więcej…)

Kaszka z jabolem

Sprawa jest prosta: dzisiaj tankujemy jabola. Przyszła wiosna, kanarki ćwirkają, zakłady pracy redukują na zieloną trawkę, słowem – trzeba to uczcić. Pod pojęciem jabola kryje się oczywiście jabolo, czyli – mówiąc po sztubacku – jabłuszko. Tankowanie to inaczej jazda czołgiem, a jak się komuś nie zgadzają znaki przestankowe, to może sobie strzelić lufę pod śledzika. O śledziku będzie w święta, a teraz wracamy do tematu dnia, bo głodno.


Głodno, bo bidno. Ale matka Natura troska się o swoje dzieci i dostarcza im jabłuszek. Jeśli akurat nie jesteście spokrewnieni, wystarczy się dogadać z Naturem, bo on tych jabłuszek bierze od matki na kopy i potem opycha po bazarach za pół ceny. A kto czesze duży pieniądz w renomowanej firmie, może w fachowym sklepie nabyć jabłko holenderskie – duże, zielone i z poliestrów. Słowem: jabcok, co się zowie. (więcej…)