Zupa z dyńki

Proszę Państwa – uspokajam! Nie chodzi o Zupę z Prokocimia, który windykuje należności dla Jude Gangu za pomocą dyńki. Ten Zupa siedzi za dziesionę na Kotlecie z Bieżanowa. Nasza zupa to je polivka. A dyńka do takie warzywo.

Dyńka to takie warzywo, które odchodzi do lamusa. Nie dlatego, że je démodé, tylko dlatego, że jest styczeń. A dyńki w styczniu nie rosną. Ot, prawo natury. Cwaniaków, którzy ustalili, że w Australii jest właśnie lato, a w Afryce całoroczny okres wegetacyjny, odwiedzi Zupa (nie polivka) – możecie mu się pozwierzać. Ale to potem, bo teraz Zupa garuje, czyli robi to, co my, tylko w innym sensie. Wracając do garów: dyńka jest w pytę, bo jest okrągła, a w dodatku duża. A jak coś jest okrągłe, a w dodatku duże, to o jejuniu! Wiadomo: chce się skakać, tańczyć i co najmniej obserwować. Ot, prawo natury.

No to co, robimy zupę (polivkę)? Raczej nie. Ja już zrobiłem, więc ewentualnie robicie sami. Jeśli jednak w czasie wolnym wolicie pić płyn Lugola z panią Helenką (patrz: Tak, tak, tak – to Pan Szpinak) albo iść na spacer z małym Mariankiem (patrz: Zupa z dyńki), możecie skorzystać z oferty specjalnej: słoik zupy z dyńki w sklepie dietanakryzys.pl za jedyne dwa słoiki żurku. Kto zwietrzył konkretny wał w ofercie specjalnej, a ma duże parcie na zupę (polivkę) z dyńki, powinien zaopatrzyć się w dyńkę. Przydatna będzie także kuchnia i układ trawienny. Tu jednak pojawia się podchwytliwe pytanie: skąd, prezesie, wziąłeś dyńkę, skoro dyńki w styczniu nie rosną? Aaa, bardzo celnie! Widzicie, jest tu taka pani, co ma dyńkę oprócz bani – i to od niej kupiłem. Banię ma, jak popije, a dyńkę – w koszyczku. Koszyczek jest na placu targowym, podobnie jak jego pani. Są razem, jest im dobrze. Ot, prawo natury.

Mamy dyńkę? Jeśli nie, to trudno, jeśli tak, to spoko, a jeśli „nie, ale”, to nie do mnie żale. Teraz możemy zrobić sobie pauzę na szluga albo bezę, bo zaczyna się kino akcji i nie będzie przerw na reklamę. Przed nami gwóźdź programu: łupanie kokosa. Mimo ekscytującej nazwy, cały proces odbywa się w zgodzie z Dekalogiem i polega na doprowadzeniu kokosa do stanu rozłupania w celu pozyskania mleka kokosowego. Zanim to nastąpi, kokosa trzeba skądś skołować. O ile dyńka występuje w koszyczku, o tyle kokosy porastają tereny przydrożne, często widywane są w pobliżu kęp łopianu. Wystarczy podejść, wyrwać i – chodu! Po przetransportowaniu kokosa do garkuchni przystępujemy do łupania. Potrzebny będzie młotek, gwóźdź i know how. Młotków nie brakuje, gwoździk też się znajdzie, a know how jest bardzo proste: cyk-pierdyk – i gotowe.

A teraz szczegóły. Najpierw łupiemy w dziurkę (jedną z trzech) i odlewamy płyn – wszystko w zgodzie z Dekalogiem. Następnie, wciąż za pomocą młotka i gwoździa, łupiemy od dołu (po przeciwnej niż dziurki) i po bokach. W efekcie kokos pęka i udostępnia nam pełnię swojej zawartości. Zawartość wydłubujemy i wraz z płynem oraz domieszką wody młócimy za pomocą blendera. Uzyskaną mieszaninę cedzimy przez sitko, wlewamy do garnka i stawiamy na ogniu. Na otrzymanej w ten sposób bazie kokosowej powstanie zupa z dyńki. Kto nie ma czasu na łupanie kokosa, bo musi zajmować się małym Mariankiem, który właśnie próbuje spenetrować piekarnik lub utknął w bębnie od pralki, może kupić mleko w puszce albo od Mućki. Jednak są minusy – aluminium jest niezdrowe, a Mućka miewa gazy.

Dalej wydarzenia przebiegają błyskawicznie. Marianek podprowadza Mućce dzwoneczek, Mućka jest na trawie i mimo fizycznej rozłąki odczuwa jedność z dzwoneczkiem, jak również Mariankiem, aluminium i Dekalogiem, Zupa (nie polivka) przeżywa nawrócenie na katolicyzm przedsoborowy, a w garnku z wrzącym mlekiem brawurowo lądują kawałki dyńki o łącznej masie 1–1,5 kg. Olaboga! – krzyczy pani Helenka na widok metalowca Zenka, a my tymczasem uciramy do garnulca pokaźny kawałek świeżego imbiru. Oprócz dyńki i kokosa zupę z dyńki współtworzy trzeci tenor, którym jest wymiennie: połówka ananasa, połówka melona bądź hybryda czterech średniej wielkości marchewek z trzema jabłuszkami. I cóż robimy z tym fantem? A jakże: do gara. Ewentualnie odreagowujemy Weltschmerz, wypisując marchewką na klatce schodowej wyimki z Baudelaire’a. Tak czy owak przyprawiamy polivkę cynamonem i miłym słowem – bacząc, by nikt nie zarejestrował na VHS-ie, jak gadamy do zupy (polivki, do Zupy – bojno).

Mikstura bulgocze i dochodzi, a my tymczasem rozbijamy i bełtamy trzy ekojajka. Najlepiej kurze, ale jak ktoś hoduje orły, to czemu nie. Do koglamogla sypiemy mielonego lnu i mąki gryczanej w proporcji pół na pół. Mieszamy do uzyskania konsystencji odpowiedniej dla lanego ciasta. Polivkę odstawiamy z gazu i za pomocą blendera robimy jej kompleksową jesień średniowiecza. Polivkę stawiamy na gaz i dozujemy lane ciasto w rytmie reggae. Otacza nas ciepło. Panuje radość.

Z nadzieją, że do tego miejsca przepisu nikt nie dotarł, ze względu na jego niezrównoważoną objętość, pozwalamy sobie na publikację wariantu 18+. Kto ma nadzieję na palenie papierosów albo łupanie kokosa, ten się srodze zawiedzie. Przedmiotem rozważań jest flacha. Ale nie byle, tylko le-. A konkretnie: -szczynówka, czyli produkt wielokrotnie opisywany na naszych łamach. Jak się obejść z tym towarem? Zupę – am!, flachę – siup!, a po wszystkim wytrzeć, oczywiście, buzię. Osoby deklarujące znajomość zasad kultury osobistej powinny zadowolić się dwiema łyżkami stołowymi flachy dodanymi bezpośrednio do zupy.

Tyle dobrego, życzymy smacznego.

Cenniczek:
1. Dynia (1 kg) – aktualnie: 5 zł
2. Kokos (1 szt.) – 2,8 zł
3. Ananas, melon – aktualnie: za dużo
4. Marchewka (1 kg) – stać was
5. Jabłka (1 kg) – 3 zł
6. Imbir (1 kg) – ja kupuję za 12 zł, bo wiem gdzie, he
7. Cynamon (30 g) – Alzheimer
8. Mleko (1l) – 2,5–3 zł
9. Len (1 kg) – 4,5 zł
10. Mąka gryczana (0,5 kg) – 4 zł
11. Ekojajka (1 szt.) – 80 gr
12. Leszczynówka (flacha) – bezcenna

Dodaj komentarz